wtorek, 1 grudnia 2009

Powiedz oczku coś na uszko...

"Nie chciałem.
Nie chciałem ci nic powiedzieć.

Zobaczyłem w twoich oczach
dwa drzewka oszalałe.
Z wiatru, ze śmiechu i złota.

Chwiały się.
Nie chciałem.

Nie chciałem ci nic powiedzieć."
*


Pan Mendoza poszedł chwilowo w odstawkę na półkę – zasłużył sobie na odpoczynek od oka oczka. Teraz czas na wyszukiwaną od dawna w biblio** "Grę Anioła". Czy przemówi, jak "Cień wiatru"? Czy może nic mi nie będzie chciała powiedzieć? Posłucham... wodząc po literkach :)



Occhiolino rozprawia się z orecchiette
(orecchiette al salmone affumiciato – Viva la pasta!, s.42)

Na pierwszy ogień idzie pieprzowiec, zwany papryką (w kolorze czerwonym). Delikwentkę należałoby wrzucić do piekła i przetrzymać tam na tyle długo, aż zrobi się na brąz. Potem włożyć do woreczka, a następnie bezwzględnie obrać ze skóry. A potem jeszcze rozprawić się z nią nożowniczo – na kawałki i rzucić na ostateczne rozdrobnienie żyrafinie. Takąż pastę umieścić w rondlu wraz z: dziewicą, wędzonym łosiem, przeprasowanymi zębami czosnkowymi i śmietaną (22-30%). Podniecać ogniem podrondlowym, aż do zagęszczenia atmosfery. Na koniec pieprznąć z młynka, przysolić i ogołocić krzak bazylejski. Wszystko wymiąchać z uszami.




* Federico Garcia Lorca – "Na uszko dziewczynie" (przekład: Jerzy Ficowski)
** no przecież nie kupię, skoro ostatnio powiększam swoją przestrzeń życiową pozbywając się drobiazgów, bez których - o dziwo! - też da się żyć :)

niedziela, 29 listopada 2009

Pleonazmatyczny Pan C.

Zmierzyłam się z Panem C. Wprawdzie Weronika* nie umarła, ale za to ja umierałam z każdą przeczytaną kartką – z nudów, rzecz jasna. Niestety, potwierdzam to, co już było dla mnie wiadome po "Alchemiku" – nie należę do targetu Paola – "mistrza płytkiej głębi"** (znalazłam to określenie kiedyś gdzieś w necie i okrutnie mi się spodobało). Z drugiej strony odnosiłam wrażenie, że skądś to już wszystko znam. Chwilę później trafił mnie przebłysk olśnienia i poczułam się jak Kathleen Kelly*** odkrywająca drugą maszynę do pisania. Tak! "Weronika", to jakby kompilacja "Przerwanej lekcji muzyki" Susanny Kaysen i "Lotu nad kukułczym gniazdem" Kena Keseya. Tiaaaaa. Z ulgą dotarłam na 220 stronę (czyli ostatnią ;))
Z większym entuzjazmem powitałam Eduarda****. "Przygoda fryzjera damskiego" rozłożyła mnie na łopatki – ze śmiechu. To też jakby kompilacja: atmosfery filmów Tarantino i Allena, prześmiewczego antykryminału w połączeniu z wcieleniem w rolę głównego bohatera cech Fermina Romero de Torresa*** . Z tą tylko subtelną różnicą, że w porównaniu z Panem C. była smacznie podana i lekkostrawna – obyło się bez zgagi w postaci poczucia straconego czasu. Tym samym dość eksperymentów z Panem C. – no może z wyjątkiem felietonów, bo te akurat piszą się mu o niebo lepiej.

To może lepiej coś zjedzmy? Po naocznym spotkaniu z Ptasią i wspólnym gotowaniu, powzięłam jakże fantastyczną myśl, aby uczestniczyć w jej Tygodniu Korzennym. W tamtym roku było smacznie, to i teraz można by się skusić. No to kluchy!


Aromaty, rybka zwana solą i ryż makaroniarski

Cebulina wraz z przeprasowanym zębem czosnkowym omdlała na dziewicy i chwilę potem zaprosiła do rondla świeżutkiego imbirka. Po nim nadszedł czas na szczyptę cynamonu, kurkumę i chili. A w mgnieniu oka doskoczyły jeszcze zapuszkowane tomaty, nieco gałki muszkatołowej - świeżo startej nad rondlem, kilka goździków i trochę kuminu. I wszystko ze sobą romansowało do chwili, aż sos nieco stracił na objętości. Wtedy pojawiło się mleczko kokosowe. A potem wpadła jeszcze pokawałkowana rybka zwana solą i dochodziła swoich praw, gotując się aromatycznie w sobie – korzystając z dobrodziejstw pyrkającego sosu, zwanego curry. Na koniec swoje trzy grosze dorzuciły: kapka soku z limonki i pieprznięty z młynka. A potem całe aromatyczno - korzenne towarzystwo już tylko pokładło się leniwie na ryżowym.



* „Weronika postanawia umrzeć” – Paulo Coelho
** sorencjo, nie chciałam być złośliwa ;) Chociaż bywa ze mnie wredna baba.
*** Kathleen Kelly, czyli Meg Ryan w "Masz wiadomość"; jest tam scena, w której KK będąc jeszcze z Frankiem Navasky’m – odkrywa drugą identyczną maszynę do pisania na jednym stole. Potem on wystukuje tekst "jesteś niczym trzcina..." Coś w ten deseń, enyłej – kto oglądał chociaż raz MW ten wie, o czym mówię. Kto nie wie, niech obejrzy ;)P
**** Eduardo Mendoza – "Przygoda fryzjera damskiego"
***** Fermin to uroczy włóczęga z "Cienia wiatru" Carlosa Zafona


Kuchnia wegetariańska

sobota, 28 listopada 2009

Tutti frutti :)

„Bywają w życiu człowieka chwile – zwłaszcza po okresach stałego podsycania próżności odwagą zamiarów – gdy nogi uginają się nagle, jakby były z waty, i jedyne, czego naprawdę się pragnie, to uciec nie oglądając się za siebie.”*

Ja też pragnę czasem uciec, nawet coraz częściej...
Uciec przed dniem wczorajszym, uciec przed dzisiejszym i uciec przed jutrzejszym...
Ale nie moge, bo nogi, nogi jakby były z waty, nie pozwalają mi na to...
Więc brnę dalej przed siebie, z coraz większym przerażeniem, czy dam radę, czy zdąże, czy podołam i wciąż nie wiem co mnie czeka za chwilę, za kolejną krótką chwilę..
Jednak są też przyjemne chwile, jak na ten przykład Cytrusowa Chwilka, znaczy się Cytrusowy Weekend organizowany przez Tatter. Czemu „chwilka”? Bo rok temu tak ten weekend się zwał i tak mi już zostało ;) Może z sentymentu?

Weekend z cytrusami mamy po raz trzeci jak mnie komórki szare nie wprowadzają znów w błąd ;)
Ja ta dopiero drugi raz mam możliwość wziąć w niej udział, w sumie to jestem dumna, że już drugi raz :)

Miałam w zanadrzu kilka przepisów, które chciałam wypróbować. A to różne sosy, a to potrawy z ryżu czy cytrusy z rybami, ale jak u Caritki zobaczyłam Pomarańczowy makaron, od razu wiedziałam co robię ! ;)
Oczywiście kilka zmian wprowadziłam, bo i rybę dodałam, i typ makarony zmieniłam, no i zamiast świeżej kolendry dałam świeżą bazylię :) A na koniec gotowe już danie polałam jeszcze odrobiną świeżego soku pomarańczowego, tak dla podkręcenia słodkości i kwaskowatości jednocześnie ;) A no i zwykłej cebuli nie miałam, była tylko czerwona, podwędzona z babcinej spiżarni. Stwierdziłam, że i ta dobra, kolorku doda :)



Pomarańczowy makaron z cytrynową rybą
1 porcja
60 g makaronu Cavatappi
1 pomarańcza
kilka listków świeżej bazylii
1 czerwona cebula
trochę oliwy
sol, pieprz
1 filet z mintaja
sok z cytryny
Rybę pół godziny przed smażeniem posypać pieprzem i skropić sokiem z cytryny. Następnie usmażyć i odstawić na bok.
Pomarańcze dokładnie wyszorować, obrać ze skórki i wycisnąć sok. Skórkę pozbawić albedo i drobno pokroić.
Cebulę obrać i posiekać. Zeszklić na oliwie, dodając pod koniec smażenia skórkę pomarańczy.
Sok z pomarańczy (zostawić z 2 łyżki ) zagotować z wodą i ugotować makaron al dente. Odcedzić i wrzucić na patelnię. Dokładnie wymieszać z posiekaną bazylią, odrobinę soli i rybą. Na talerzu polać odrobiną soku z pomarańczy.




* Gustaw Herling-Grudziński — Inny świat

piątek, 27 listopada 2009

A co z powrotem? Z powrotem! :)

Kiedy się wyjeżdża, czasem się wraca. Jeśli ktoś nie pamięta – tutaj zemfi zwana oczkiem ;) Obwieszczam, że sprawa załatwiona – skutecznie oddzieliła grubą kreską to, co było i to, co będzie. Tym samym – wróciłam nie tylko do punktu wyjścia, ale i tutaj. Ale już myślę o powrocie – tam! Bo jedne powroty wcale nie cieszą tak samo, jak powroty inne. Na wszystko jednak potrzebny jest czas. Czas! – bywa też odmierzeniem dystansu podróży. A ta ostatnia była wyjątkowo długa – perfidny wypadek losu wydłużył ją bardziej, niż to było konieczne. Całe szczęście był chleb :) Na pocieszenie i na powrót – też będzie długaśno. Wszak bucatini też się przecież ciągną jak spaghetti.



Długi (nie pieniężny) makaron, rybka i tomaty.
To proste: na dziewicę trzeba rzucić ząb czosnkowy i kilka sardeli (zwanych anchois). Po 4 minutach wlać białe półwytrawne, a kiedy ono zniknie po angielsku, wtedy my pomagamy zniknąć czosnkowi. Wtedy doskakują tomaty i się dusi wszystko ze sobą w jednym rondlu pi razy oko 15 minut. Ostatnim rzutem wpada zapuszkowany, acz rozdrobniony Pan Tuńczyk, oregano i tymianek, pieprznięty i sól. A wszystkim oblepia się ujędrnione bucatini.




A propos powrotów – wypaplałam już Lipce, to nie przeciągam dłużej struny. Niniejszym ogłaszam wszem i wobec, że powracam na własne, samodzielne poletko (ale Pasty bynajmniej nie opuszczam). Chodźta teraz na
BEŁKOTY (klik, klik!) ;)

czwartek, 26 listopada 2009

Goni!

Czas mnie goni ze wszystkich stron!
Paranoja jakaś naprawdę!
Nawet na blogu czuję presję czasu !
Oj nie tego to już za wiele. To wina Hirka, na bank jego wina!
Bo jak nie ma winnego, to trza go znaleźć no nie?
” Człowiek potrafi każde nieszczęście swoje przypisać czyjejś winie.”*
To ten Hirek się ze mną ma...ale tyle makaronu co on wtrynia to już tylko ja wiem, więc przynajmniej sobie na niego winę zrzucę, a co ! I tak go znowu nie ma, bo na miasto poleciał. Podobno nie na laski, ale jasne, ja już mu uwierzę...
Ale nie rozwódźmy się już na Hirkowymi nie-podrywowym celem wylotu na miasto, a makaronem, a raczej dyniową zupą z makaronem...ale nie byle jaką zupą, ale taką o korzennych aromatach. Bo korzenny weekend trwa i juz nawet powoli zmierza ku końcowi, a ja tu nic nie przygotowałam... Znaczy się już nie nic, a coś, a tym czymś jest Dyniowo-korzenna zupa z makaronem :)
A teraz lecę, bo czas goni...



Aha zupa tym smaczniejsza, że z makaronem Simpsons, od Oczka otrzymanym :)


Dyniowo-korzenna zupa z makaronem

2 porcje
350 g upieczonej dyni
350 ml mleka
garść makaronu
Mleko zagotować, upieczoną dynię pokrojoną w kostkę i zmiksować. Doprawić do smaku cynamonem,kardamonem, gałką muszkatołową, łyżeczką cukru i szczyptą soli.
Makaron ugotować al dente i nałożyć po porcji do miseczek, a następnie zalać zupą.

*Friedrich Hebbel

Kuchnia wegetariańskaKuchnia wegetariańska

P.S. Dziękujemy za wyróżnienia: Mafilce i Cremebrulee, nie pociągnę zabawy dalej bo Oczko dalej nie obecne, a sama to nie to samo co dwie ;)

czwartek, 19 listopada 2009

Straszy! W kurniku straszy!

Skoro na eksperymentalnym jesteśmy w mięsno- groszkowych klimatach to może i tu w tych klimatach pozostaniemy?
Faza na mięso jeszcze mi nie minęła, co mnie bardzo dziwi, bo zwykle trwa tylko jeden dzień, a tu ciągnie się i ciągnie. Nawet tofu nie kupiłam, choć będąc w sklepie już je w łapkach trzymałam, i nie wiedzieć czemu odłożyłam na półkę. Hmmm dziwne, bardzo dziwne...
W sumie w moim domu ostatnio same dziwne rzeczy się dzieją! Nie mówię tu już o tym, ze jem mięso codziennie, ale na ten przykład dzwonki w komórkach (nie w jednej, a w dwóch) same się zmieniają, dziwne sny co po niektóre osoby nachodzą i w nocy straszy! A jeśli chodzi o sny to nie pytajcie jakie to sny, bo

[...] snu nie da się opowiedzieć. Opowiedziany przestaje być snem.”* ;)

Trza stąd uciekać póki się spokojniej nie zrobi. Ale to dopiero jutro, a dziś musimy być dzielne i nie dać się czarnym mocom ;) I jeszcze zjeść sobie makaronik, makaronik z groszkiem i pieczonym kurakiem :)



Trottole z kurczakiem i groszkiem
1 porcja
60 g makaronu Trottole
garść zielonego groszku (u nie mrożony)
50 ml śmietanki 12%
pieczone/smażone/gotowane mięso z kurczaka (u mnie podudzie, smażone)
ząbek czosnku
pieprz, tymianek, sól- szczypta
ewentualnie świeża bazylia do ozdoby
Makaron ugotować al dente, pod koniec gotowania wrzucić groszek i gotować jeszcze ok 4 minuty.
Czosnek posiekać i zeszklić na odrobinie masła, zalać śmietanką i doprawić solą, pieprzem i tymiankiem.
Mięso z kurczaka pokroić w mniejsze kawałki i wrzucić na patelnię.
Makaron z groszkiem odcedzić i wymieszać z kurczakiem i śmietanką. Ewentualnie doprawić jeszcze do smaku. Wyłożyć na talerz. Można przystroić świeżymy listkami bazylii.

*Wiesław Myśliwski — Traktat o łuskaniu fasoli

wtorek, 17 listopada 2009

Popędy i takie tam

I Oczko pojechało i Pasta i Basta! na mojej łasce...
A Oczko prosiło, lub kazało jak kto woli, dobrze gospodarzyć w naszej makaroniarni.
Hmmm, łatwo powiedzieć... Tylko co ona miała na myśli to pisząc??? Podejrzewam, ze chodziło jej o gotowanie kluch, obcykanie ich i wrzucenie na bloga... Pewnie tak, no bo jak inaczej.
Ugotować kluchy, ugotuje, zjeść zjem, ale ze zdjeciami to już gorzej. Aparat do czterech liter mam, słońce za chmurami się chowa, a no i zdolności moje są na poziomie zirooowym ;)
No i jeszcze publikacja, jak zawsze brakczas i z publikacją też kiepsko.
Ale pasa trza zacisnąć i coś tu wrzucić, co byście o nas ni zapomnieli. Zwłaszcza, że ja też wyjeżdżam, już w piątek, już niedługo. Myślałam, ze po wiedzę jadę, ale Pan Leszek K. wyprowadził mnie z błędu...:

Nie, nie dla wiedzy podróżujemy. Nie po to też podróżujemy, by na chwilę z codziennych trosk się wyrwać i o kłopotach zapomnieć [...] Nie, nie żądza wiedzy nas gna ani ochota ucieczki, ale ciekawość, a ciekawość jak się zdaje, jest osobnym popędem, do innych niesprowadzalnym.” *

No niech będzie, że nie dla wiedzy, nie w ramach ucieczki, a przez ciekawość, która jest popędem..dobrze, że nie seksualnym, bo już bym się zaczęła bać ;P

A jak już my tu o ciekawości, to gdzieś w necie znalazłam kiedyś jakiś takiś przepis na makaron z marchewkowym pesto... bardzo mnie zaciekawiło jak może smakować. Tam podawali bodajże dodatek orzechów, ale ja wolałam sezamem zarzucić, a jak ja już coś wolę, to i tak robię ;)



Jak wyszło? Bardzo smacznie, choć trochę słodko. Dla niektórych może być trochę mdłe, dlatego polecam dodanie jakiejś ostrej papryczki dla smaczku ;)

Cavatappi z marchewkowym pesto
1 porcja
1 średniej wielkości marchewka
70 g makaronu
1 łyżka prażonego sezamu białego
½ łyżeczki sezamu czarnego
natka pietruszki – ilość wedle upodobania
śmietanka lub mleko
tymianek, sól, pieprz, słodka i ostra papryka

Marchew obrać, umyć i pokroić w kostkę. Następnie posmarować oliwą i wyłożyć na blaszkę, zapiekać ok. 20 min (aż będzie pół-miękka, jeszcze chrupiąca) w 200 stopniach.
W międzyczasie ugotować makaron, uprażyć sezam i posiekać pietruszkę.
Upieczoną marchew zmiksować w blenderze z sezamem, olejem sezamowym i częścią natki pietruszki. Można dodać trochę śmietanki lub mleka dla smaku i uzyskania aksamitnej konsystencji. Doprawić do smaku suszonym tymiankiem, solą, pieprzem i słodką papryką.
Makaron odcedzić, wymieszać z sosem marchwiowo-sezamowym i wyłożyć na talerz. Posypać pozostałą natką i czarnym sezamem.

*Leszek Kołakowski — Mini wykłady o maxi sprawach